W życiu staram się mieć wszystko pod kontrolą. Planuję, notuję w kalendarzu, układam budżet z dokładnością do piwnego longfila. Może dlatego tak bardzo tykały mnie wszystkie zabawy typu „zainwestuj, a potem licz na cud”. Praca w logistyce nauczyła mnie jednego: wszystko da się przewidzieć, wystarczy zebrać odpowiednie dane. Tyle że to myślenie było trochę jak taniec na linie – niby stabilnie, ale wystarczy jeden mocniejszy podmuch i człowiek się przekonuje, jak niewiele tak naprawdę trzyma go w pionie.
Takiego podmuchu doświadczyłem pewnej znudzonej soboty, kiedy poczułem się jak mokra ścierka odciśnięta po pięciodniowym rajdzie. Weekend zapowiadał się na typowy: zakupy, sprzątanie, jakiś serial powtórkowy. Siedziałem z herbatą, patrzyłem na ekran komórki i nie wiedziałem, gdzie podziać energię. Wtedy znajomy wrzucił na grupę zrzut ekranu z saldem. Ktoś napisał, że skasował solidną wygraną na jakiejś platformie. Miałem go za rozsądnego, więc nie zgrywałem wyroczni. Odpisałem zjeżdżoną, ale nie z ironią, tylko z ciekawością: „Serio?”.
Tak trafiłem na stronę, której nazwę z początku wymawiałem z trudem. Marek przysłał mi link, bo zachwalał szybkie wypłaty. W ciągu kwadransa założyłem konto, głównie pod naciskiem wewnętrznego głosu, który mówił: „Przecież nie jesteś frajerem, tylko sprawdzisz mechanikę”. Na start wleciało mi 50 euro i od razu opuściłem przy psychice. Miałem wrażenie, że nieszkodliwie pokonam nudę, a potem wyjdę z tego jak mądrala, który przejrzał całą manipulację. Dlatego na pierwszy cel wybrałem coś z wirtualnymi jabłkami i symbolami 7, bo wydawało mi się najprostsze, a przez to najmniej groźne.
Na samym początku poczułem się jak dziecko w salonie automatów w wakacyjnym parku. Dźwięk, kolorowe pulsowanie, setki drobnych ruchów na ekranie. Zaczynałem spokojnie, kręcenie za 2 zł, potem za 5. Zero zdziwienia, gdy saldo spadło do 11 euro. Potem nagle komplet dziwnych bananów ustawił się na linii i dostałem 110 złotych. Uwaga, nie jakaś kosmiczna kwota, tylko zwykłe sto dych na wirtualne żetoniki. Ale takie malutkie trafienie od razu ustawiło mój mózg w tryb „odzyskania kontroli”. Zamiast skończyć, wcisnąłem spin za dziesięć złotych. Znowu coś kliknęło, wyświetliła się animacja i saldo podskoczyło do 400 złotych.
Serce biło mi w rytm co drugiej sekundy. Spojrzałem na kubek z herbatą, która już ostygła. Mój plan polegał na tym, żeby za chwilę wypłacić te pieniądze i być naprawdę zadowolonym. Wtedy wtedy pierwszy raz usłyszałem w głowie własny głos, który z przekorą powtarzał, że zawsze mogę zdobyć jeszcze 500. Koniec końców wideo toczyło się dalej: przegrałem część, wygrałem 60, przegrałem 80. Po godzinie miałem 540 złotych wygranej. Mógłbym powiedzieć, że to fuks, ale gdzieś głęboko poczułem, że górę nade mną bierze nie pożądanie pieniędzy, tylko podniecenie samą ruletką, w której co rusz ktoś krzyczy „wygrana”, „blisko” i „prawie”.
Usiadłem na tapczanie i spojrzałem na odblask w telewizorze. Uświadomiłem sobie, że moja praca opiera się na planowaniu, ale właśnie w tej chwili zachowuję się, jakbym chciał oszukać rzeczywistość. Doskonale wiedziałem, że każdy spin to niezależne losowanie. Zdawałem sobie sprawę, że liczba „prawie udanych” układów nie zwiększa szansy na kolejny dobry wynik. A mimo to każda porażka w tej grze czuła się jak obietnica, że następna sekunda musi mnie zrekompensować. Chyba w tym momencie zrozumiałem, gdzie są moje słabe punkty. To nie hazard był problemem, ale ja i moja potrzeba przewidywania świata.
Zamiast z miną zbawcy robić wykład, żeby samemu sobie udowodnić, że jestem inny, wysłałem Markowi wiadomość: „zagrałem przez ciebie”. Odpowiedział czymś w rodzaju „wiedziałem, że skusisz się na vavada kasyno online, tam miałem szczęście w zeszłym tygodniu”. I wtedy pomyślałem, że właściwie słowo „szczęście” to za mało. Może ważniejsze jest coś takiego: umiejętność robienia rzeczy bez przekonania, że wszystko zależy od mojej woli.
Zdecydowałem się wypłacić 500 złotych i zostawiłem sobie czterdzieści na sprawdzenie czegoś, co nazwałem „eksperymentem z własną głową”. Przez następne pół godziny zmuszałem się, żeby zagrać jeszcze kilka razy, ale za każdym razem robiłem pauzę dziesięć minut, przełączałem się na inne okno i zastanawiałem się, czy potrafię przestać będąc na lekkim plusie. I wiecie co? Udało się. Co prawda nie byłem jakimś mistrzem Zen. W środku miałem całą melodię, która ciągnęła mnie do tyłu przed ekran. Zaczynałem matematyczną kalkulację, która nic nie dawała, bo przypadkowe liczby nie tworzą trendu.